Chciałabym, żeby wrócił pierwszy tydzień października. Nasz pierwszy tydzień. Najlepszy, najmilszy, najpiękniejszy.
Dziś jest już grudzień, zimne i ciemne wieczory, stosy książek do przeczytania, tyle do nadrobienia. Nauka. Mnóstwo jej, jak zwykle na studiach. Wtedy chodziłam w spódniczce i baletkach, w ulubionym sweterku. Pierwszy tydzień to inauguracja, integracja w pubie, powrót do domu w nocy, kawa z nową koleżanką, podział na grupy i ponowna integracja, ale tym razem powrót do domu nie był samotny… skromny buziak, tyle pozytywnej energii. Piątek to powrót do domu i godziny rozmów przez komunikator internetowy. Znalazłam! Pierwszy raz spotkałam faceta, który ma podobne poczucie humoru do mojego. Uwielbiam. Mieszka tylko jeden przystanek dalej ode mnie.
Miesiąc później…
Jest inaczej. Muszę się wyprowadzić, właścicielka robi awantury i zachowuje się naprawdę dziwnie. Jest mi wstyd za jej najścia, wyrzucenie moich koleżanek z mojego pokoju. Bezprawie na każdym kroku. Dwie najbliższe koleżanki zerwały ze swoimi chłopakami. A Tamten? Palant.
Dwa tygodnie później…
Wychodzę ze szpitala, wracam sama do domu. Mam nową fryzurę, kontaktuję się z koleżankami sporadycznie, najlepsza kumpela pracuje. Palant odezwał się raz. Nawet dzwonił, tylko nie zdążyłam odebrać telefonu. Jeśli miałabym mieć coś wspólnego z nim, to tylko to, żeby z niego zakpić. Po raz pierwszy w życiu mam ochotę poświęcić coś ważnego i zemścić się na kimś za cały świat.
Teraz…
Nie żałuję absolutnie niczego.