Zostało mi mało czasu. Muszę nadrobić zaległości w nauce. Podsumowując ten rok akademicki, cały czas albo się dołowałam, albo zakuwałam albo czytałam i po 5 minutach zapominałam co autor miał na myśli.
We wtorek mam termin na dopytkę tak zwaną. Zawsze lepsza dopytka niż poprawka, prawda? W dodatku nie otrzymałam za pierwszym razem wpisu ndst do indeksu i to chyba dobrze. Więcej bieli i długopis będzie dłużej pisał...
Mam ochotę rzucić studia. Wyjechać gdzieś daleko na wieś (najlepiej gdzieś pod Lublin) i hodować owce. Pisałabym sobie w zaciszu domowym swoje chore wnioski i nie musiałabym się niczym poważnym przejmować. Bo męczy mnie świat. Ludzie, tak generalnie. Przez ostatnie pół roku moja opinia o nich spadła na ryj i już się chyba nie podniesie. Spośród 200 osób na roku mam jedną dobrą koleżankę i około 5 znajomych, z którymi mogę ewentualnie wypić kawę w przerwie. A reszta? Reszta przyszła po to, by w przerwach między jedną a drugą imprezą przyjść na wykład, by zakopać się w książkach, mieć same bdb w indeksie i pokazać innym, że są niczym. Ja przyszłam po to, by rozwijać się i kontynuować to, co do tej pory osiągnęłam. Ludzie to świnie. Świn nie obrażając...
Do tej pory nie wiem, czemu nadal śpię sama...